Własny biznes w portowym Vigo, czyli opowieść Margit o Hiszpanii, przedsiębiorczości i wyśmienitej,galicyjskiej kuchni

Wulkan energii, kobieta z głową pełną pomysłów i skutecznie je realizująca. Właścicielka firmy wynajmującej katamarany i babski co-living w Vigo, specjalista ds. relacji biznesowych i języka hiszpańskiego. Można by dużo jeszcze mówić na temat kolejnego gościa cyklu dookoła pracy, ale chyba najbardziej trafnym określeniem będzie po prostu: Człowiek akcji! 🙂 O blaskach i cieniach życia w Hiszpanii, prowadzeniu własnej firmy i wyśmienitej, galicyjskiej kuchni opowiada nam Margit Kiss. 

 

  1. Jaka jest historia emigracji Margit do Hiszpanii? I dlaczego akurat ten kraj?
  2.  Jak wyglądały jej początki w tym kraju i jakie były największe wyzwania?
  3. Co jej pomogło w aklimatyzacji w Hiszpanii? I co wpłynęło na decyzję o pozostaniu tam aż tyle lat?
  4. Margit jest cyfrową nomadką, tłumaczką języka hiszpańskiego, prowadzisz firmę związaną z wynajmowaniem katamaranów, a niebawem otwiera babski co-living w Vigo. Skąd pomysły na takie przedsięwzięcia?
  5. Czy Margit pracuje dodatkowo na etacie, czy utrzymuje się z prowadzenia tych firm?
  6. Jakie formalności należy spełnić, aby otworzyć firmę w Hiszpanii i na jakie dziedziny jest największy popyt?
  7. Czy są jakieś ulgi dla przedsiębiorców? Państwo w jakikolwiek sposób zachęca do przedsiębiorczości?
  8. Czy prowadząc własną firmę w Hiszpanii można ze spokojem myśleć o emeryturze? Czy też podobnie jak w Polsce, przedsiębiorca musi na własną rękę odkładać pieniążki, gdyż emerytury dla przedsiębiorców są na wyjątkowo niskim poziomie?
  9. A jak Margit pozyskuje klientów dla swoich usług? Jak warto się promować w Hiszpanii?
  10. Jacy są Hiszpanie? Jak można ich sobie zjednać?
  11. Jaka jest relacja zarobków do kosztów życia i jakie są koszty dóbr podstawowych, transportu, najmu?
  12. Jadąc pierwszy raz do Hiszpanii, jakich przysmaków warto skosztować? Czym charakteryzuje się hiszpańska kuchnia?
  13. Najbardziej zaskakujące hiszpańskie tradycje/przyzwyczajenia…
  14. Złota rada dla osób, które pragną emigrować do Hiszpanii…

Moja decyzja o emigracji nie była związana z emigracją zarobkową. Chciałam wyjechać z Polski, żeby zmienić klimat na cieplejszy (mnie jest zawsze zimno!), polepszyć jakość życia i mieszkać blisko morza, co zawsze było moim marzeniem. Jeszcze na studiach miałam lektorat hiszpańskiego. Od tego się wszystko zaczęło. Ze znajomością języka pojawiła się z czasem fascynacja krajem oraz możliwość wyjazdu na wakacyjny kurs językowy. Wykorzystałam go na maksa zdobywając spis adresów placówek edukacyjnych, do których złożyłam moje CV. W efekcie, świeżo po obronie pracy magisterskiej zostałam zatrudniona przez jedną ze szkół w portowym mieście Vigo. Złożyłam CV do ponad 100 miejsc, a otrzymałam odpowiedź z fantastycznego miasta nad Oceanem Atlantyckim, które jest bajecznie położone na  wzgórzach otaczających malowniczą zatokę. Idealne miejsce na emigrację!

 

Na samym początku, jeszcze przed wylądowaniem w Vigo, miałam spore problemy i stresy związane z załatwianiem pozwolenia na pracę w Ambasadzie Hiszpanii w Warszawie. To było jeszcze przed wejściem Polski do Unii. Nie pamiętam już szczegółów, ale to była droga przez mękę. Miałam w ręku ofertę pracy z hiszpańskiej firmy, a mimo to panie z Ambasady robiły wszystko, żeby mi uniemożliwić wyjazd. Niechęć do ambasad pozostał mi do dzisiaj.

Na początku było mi bardzo trudno finansowo. Miałam pracę na niepełny etat, bez płatnych wakacji. Nie miałam żadnego doświadczenia w szukaniu dodatkowych zajęć, zdolność do wyszukiwania projektów pojawiła się u mnie dopiero z czasem. Byłam niezaradna – tak to widzę teraz. Nie miałam pojęcia o programach socjalnych skierowanych do imigrantów i nigdy nie korzystałam z pomocy, o której tak dużo się teraz mówi w kontekście imigrantów. Musiałam liczyć tylko na siebie.

Kwestie językowe też były istotne przez pierwsze lata mojego pobytu. Mieszkam w regionie z dwoma językami oficjalnymi: hiszpańskim i galicyjskim. Wiele osób mówiło do mnie po galicyjsku i na początku było to trudne do zrozumienia.

 

Niewątpliwie fakt poznania mojego obecnego męża, z którym udało mi się stworzyć idealny zespół. Świetnie się uzupełniamy. Ja jestem w „departamencie kreatywnym” i tworzę kolejne projekty, natomiast on jest „departamentem wykonawczym”, który pomaga mi wcielać je w życie. Nie lubię monotonii i jak jest zbyt stabilnie to mi zaczyna brakować adrenaliny, więc sporo już było tych projektów, na większą, czy mniejszą skalę.

Tłumaczenia przyszły w sumie niechcący. Z czasem zdałam sobie sprawę, że nie mam powołania do uczenia i zaangażowałam się w handel zagraniczny oraz organizację misji handlowych i targów dla firm polskich w Hiszpanii oraz hiszpańskich w Polsce. Do dzisiaj mam klientów, którzy korzystają z moich usług. Zostałam również wpisana na listę menadżerów eksportowych hiszpańskiego ICEX (odpowiednik PARP-u) oraz lokalnego IGAPE (na poziomie regionalnym).

Któregoś dnia zobaczyłam w polskim internecie informację o katamaranach słonecznych jednej ze stoczni z Gdańska. Zadzwoniłam do nich jeszcze tego samego dnia, tym bardziej, że za kilka dni miałam uczestniczyć w sporych targach stoczniowych w Vigo. Po rozmowie nic wielkiego się nie działo, ale 2 miesiące później dostałam informację o polskich inwestorach, którzy zakupili 4 katamarany do Hiszpanii i potrzebowali pomocy w kwestiach administracyjnych (całkowity brak znajomości hiszpańskiego uniemożliwiał im jakikolwiek kontakt z hiszpańskimi urzędami). Skontaktowali się ze mną przez właściciela stoczni i pomogłam im w zdobyciu zezwolenia na pływanie po rzece w Sevilli. Wszyscy z branży twierdzili, że poczekamy przynajmniej 3 lata, a mnie się udało zdobyć zezwolenie w 3 miesiące. Po uzyskaniu zezwolenia, polscy inwestorzy zatrudnili mnie w firmie i zaczęłam zarządzać 2 statkami na Teneryfie i 2 w Sevilli. Dzięki tej przygodzie ze statkami poznałam wielu ciekawych ludzi, nauczyłam się mnóstwo odnośnie samej branży oraz zdałam sobie sprawę, że wynajem statków to może być bardzo fajny biznes i przy okazji przygoda.

Decyzja o zakupie własnego statku przyszła stosunkowo szybko. Postawiliśmy na niewielkie rozmiary (5 osób), niewielkie zużycie paliwa, wymiary pozwalające na wynajem osobom po podstawowym kursie trwającym zaledwie 2 dni (tzw. Liencia de navegacion), co było strzałem w dziesiątkę, bo lokalna konkurencja posiada statki powyżej 6 metrów, którymi można pływać po uzyskaniu tzw. PER, którego kurs trwa min. 6 tygodni i kończy się stosunkowo trudnym egzaminem. Niewiele osób posiada ten certyfikat, natomiast ten podstawowy kurs jest bardzo popularny. Statek w sezonie jest codziennie wynajmowany, ponieważ jest dużo osób z podstawowym kursem sternika, również fakt, że jest niewielkich rozmiarów jest zaletą, bo mamy z reguły pary lub rodziny z 2 dzieci, które nie chcą płacić za wynajem dużych statków na 8 czy 12 osób. Również fakt, że statek spala niewiele jest kluczowy, bo niektórzy nie wiedzą, że te duże potrafią spalać 75-100 euro na godzinę żeglugi, a nasz spala ok. 50 euro na cały dzień.

 

Jeszcze do niedawna pracowałam dla polskiej firmy tej od katamaranów, ale w chwili obecnej przygotowuję się do kolejnej emigracji, tym razem do Meksyku, a konkretnie do karaibskiej jego części – okolice Playa del Carmen. Postanowiliśmy więc zakończyć współpracę. W tej chwili przygotowuję się do rozpoczęcia działalności w Meksyku, szykuję moje hiszpańskie mieszkanie pod babski co-living, będę sprzedawać również moją firmę statkową, więc sporo mam teraz na głowie. Ale o tym porozmawiamy w kolejnym wywiadzie dotyczącym Meksyku, co Ty na to?

 

Jak dla mnie najlepszą formą działalności w Hiszpanii jest jednoosobowa działalność gospodarcza (tzw autonomo). Jest to niestety związane ze stałymi opłatami co miesiąc i wynosi ok. 260 euro. Dużo zależy również od typu działalności oraz ilości osób, które firma ma zamiar zatrudnić. Czasami zaleca się założenie spółki z o.o. czyli S.L. (sociedad limitada).

Jeśli chodzi o popyt na pewno warto zainteresować się jakąś niszą usługową dla turystów, nie zapominajmy, że Hiszpania jest drugim po Francji celem turystów z całego świata. To okazja do rozpoczęcia działalności przynoszącej satysfakcję osobistą – nie ma to jak pracować i mieszkać tam gdzie inni przyjeżdżają na wakacje.

Dobrym posunięciem będzie również oferowanie usług dla osób starszych. Hiszpania jest drugim po Japonii krajem pod względem tempa starzenia się społeczeństwa.

Niestety, Hiszpania nie jest dobrym miejscem dla ludzi przedsiębiorczych – zaznaczam, że jest to moja opinia. W Hiszpanii jest ogromny rozdział pomiędzy osobami pracującymi na własnej działalności, które nie są otoczone opieką tak jak osoby będące pracownikami. Pracownik jest trudny do zwolnienia ze względu na dosyć duże odprawy, kwestie płacowe nie są ustalane na poziomie danej firmy, ale zbiorczo dla całego sektora. Rynek pracy jest niezwykle sztywny, w firmach dominują pracownicy starej daty nie dzięki ich doświadczeniu, a raczej niemożliwości ich zwolnienia – firma po prostu nie może sobie pozwolić na ich zwolnienie. Dochodzi więc do paradoksalnych sytuacji, gdy nowy pracownik, który jest o wiele bardziej wydajny, idzie na bruk w przypadku cięć w firmie, bo jest najtańszy do zwolnienia. Wpływa to na całą gospodarkę kraju i dlatego nie widać końca kryzysu zainicjowanego w 2007 roku.

 

Nie mam porównania z Polską, ale emerytury dla przedsiębiorców są niskie. Oczywiście jest to związane z kwotą jaką przedsiębiorca odprowadzał do tutejszego ZUS-u. A z reguły osoby z własną działalnością zamiast płacić wyższe składki wolały inwestować w apartamenty, czy inne nieruchomości. W ich przypadku emerytura to tylko dodatek do dochodów z wynajmu, czy innych inwestycji. Ci, którzy pieniądze przehulali i nie posiadają nieruchomości, czy inwestycji są w fatalnej sytuacji, ale prawda jest taka, że w latach 70-90 tylko wyjątkowo niezaradni życiowo się nie dorobili, bo jak tutejsi wspominają „pieniądze leżały na ulicy”. To były dobre lata dla gospodarki.

 

Ja mam specyficznych klientów. Wynajem statków prowadzę na portalach branżowych jak Nautal czy Click and boat. Mam również duży poster reklamowy w porcie, a port jest w samym centrum miasta. To mi wystarczy do zapewnienia sobie codziennego wynajmu w sezonie.

Poszukiwanie klientów dla mojej działalności eksportowej prowadzę głównie w Polsce – współpracuję z PARP-em, wieloma agencjami konsultingowymi, stowarzyszeniami i brokerami eksportowymi.

Mentalność zależy bardzo dużo od regionu Hiszpanii. Co innego Katalończyk, co innego Kanaryjczyk, a co innego Andaluzyjczyk. Te różnice bardzo dobrze widać nawet na przykładzie języka – akcenty różnią się i to bardzo w zależności od regionu. Czasami Hiszpanie mnie się pytają, czy w Polsce też tak jest, ale te różnice w wymowie są minimalne, nie to co tutaj. Jak przyjechałam usłyszałam od paru osób regułę, która jak dla mnie okazała się trafiona: ludzie na południu na pierwszy rzut oka są bardziej otwarci, ale te przyjaźnie są powierzchowne. Natomiast na północy trudniej się zacieśnia więzy, ale przyjaźnie są na całe życia. Chyba coś w tym jest.

 

Dużo zależy do miasta. W chwili obecnej jest pompowana bańka wynajmów, ceny w takich miastach jak Madryt, czy Barcelona osiągnęły niebotyczne poziomy. Warto więc pomyśleć o osiedleniu się w mieście, w którym wynajem nie pochłonie większości naszych oszczędności, bo to jest podstawowy wydatek, z którym należy się liczyć. Warto również pomyśleć o osiedleniu się w rejonie nadmorskim, bo tam jest zawsze bardziej dynamiczny rynek niż w interiorze, co będzie bardzo istotne jeśli zamierzamy założyć własną działalność.

 

Ja mieszkam w Galicji słynącej na całą Hiszpanię ze znakomitej kuchni, więc opowiedzieć mogę o lokalnych przysmakach. Z uwagi na dostęp do Atlantyku regionalna kuchnia galicyjska charakteryzuje się dużą ilością ryb, skorupiaków, ośmiornic, kalmarów, frutti di mare. Również dużym uznaniem cieszy się galicyjska cielęcina i wołowina. Osobiście polecam spróbować ośmiornicę a la feira, czyli gotowaną, polaną oliwą i posypaną pikantną papryką w proszku. Uwielbiam również smażone kalmary. Do tego dochodzi wielki wybór ryb, mnie zwłaszcza smakują ryby o białym mięsie (jest podział na białe i niebieskie). Na jesieni idealną przekąską na zimniejsze dni będą jadalne kasztany podawane z grubą solą, są przepyszne!

 

Sjesta, czyli godziny pracy od 9.30-13.30, 16.30-20.30 (mniej więcej, każda firma ustala je sobie indywidualnie). Niepraktyczny i głupi zwyczaj. Jest dużo głosów krytyki w związku z tym tematem. Coraz więcej firm przechodzi na europejski rytm pracy, czyli krótka przerwa na lunch, wcześniejsze zakończenie pracy. Sjesta nie ma nic wspólnego z gorącym klimatem, ponieważ jest ona w firmach zawieszana od 15.06 do 15.09, czyli w najbardziej gorącym okresie. Jest to najszczęśliwszy moment dla większości pracowników w Hiszpanii, bo mogą wreszcie pospędzać popołudnia z rodziną na plaży. Sjesta jest efektem sztywności myślenia hiszpańskich pracodawców: od czasów dyktatury Franco taki był rytm pracy i pomimo, że nie ma nic wspólnego z wydajnością, pracodawcy nadal chcą podtrzymywać tą tradycję. Cierpi na tym życie rodzinne (rodzice nie widzący swoich dzieci przez cały dzień), rozwój osobisty (nie ma czasu na nic poza pracą).

 

Jeśli macie możliwość pracy dla kogoś, a nie na własny rachunek, to super. Będziecie mieli znacznie więcej praw niż we własnej firmie jako właściciele. A jeśli do tego firma będzie miała europejski rytm pracy, to już w ogóle raj.

Jeśli jedyną możliwością będzie samozatrudnienie, postarajcie się nie mieć hiszpańskich pracowników. W razie potrzeby zatrudnijcie najpierw cudzoziemca z północy Europy. To duże uproszczenie i pewnie będzie krzywdzące dla wielu osób, ale spotkałam się już z tym problemem tyle razy, że chyba coś w tym jest.

A idealną sytuacją będzie posiadanie źródła utrzymania poza Hiszpanią i przebywanie w niej na zasadzie rezydenta: jest to wspaniały kraj do zamieszkania, ze znakomitą gastronomią, miłymi ludźmi, cudownymi widokami i mnóstwem rzeczy do zrobienia w wolnym czasie.

 


A może by tak rzucić wszystko i wyjechać do innego kraju?